Z plecakiem przez świat

 

 

Z plecakiem przez świat

 

 

W sierpniu w Bułgarii jest gorąco, a bywa – wręcz upalnie. Jak wiadomo, w upale rodzą się głupie pomysły. Tak pewnie wiele osób określiłoby ten, który przyszedł nam wtedy do głowy. Nam, czyli Kalemu i Strzale, dwóm studentom pochodzącym z Chodzieży. Co to był za pomysł?
Postanowiliśmy, żeby na rok zostawić studia i całe życie, które mamy w domu i wyjechać w podróż... dokoła świata. Z dwoma plecakami, autostopem, tanimi busami, śpiąc w namiocie i u ludzi – tak jak robiliśmy to właśnie w Bułgarii i kilku innych miejscach. Może wydawać się to szalone, my jednak szybko uznaliśmy to za całkiem realne.

To, co z początku było tylko luźnym pomysłem, stało się naszym celem, do którego stopniowo dążyliśmy przez dwa lata – by wreszcie zacząć wprowadzać nasz plan w życie. Do wyprawy przygotowywaliśmy się stopniowo. Kluczowym momentem było kupno biletów lotniczych. Zaczęliśmy od... ostatniego - z Australii do Azji. Trafiła się akurat promocja na te połączenia. Wstępnie określiliśmy daty i zabookowaliśmy pierwsze bilety. Radość była wielka, ponieważ wiedzieliśmy, że teraz nie ma odwrotu. Po miesiącach pracy, przygotowań, zbierania funduszy, teraz wyruszamy w podróż życia.

Kolejne bilety były już tylko kwestią czasu. Przy okazji zakupu jednego z nich zaliczyliśmy wpadkę. Po dokonaniu transakcji szczęście trwało zaledwie kilka minut – do momentu, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że będziemy potrzebować wizy do Stanów Zjednoczonych. Powodem jest przesiadka w Portoryko. Szybko jednak wykorzystaliśmy ten fakt i kolejne bilety moglismy kupować taniej i przy okazji zatrzymać się na kilka dni w USA, w naszym przypadku w Los Angeles.

Na początek lecimy z Frankfurtu do stolicy Peru, Limy. Kraina Inków będzie pierwszym miejscem, które zamierzamy okryć. Tajemniczy płaskowyż Nazca, spektakularne Machu Picchu, wielkie jezioro Titicaca, to jedne z najważniejszych punktów tego etapu podróży. Dalej skierujemy się do Boliwii, by zwiedzić położone na niemal 4000 m n.p.m. La Paz oraz zobaczyć słone pustynie powstałe na wyschniętych jeziorach – salary.

 

 

Hiszpański na chwilę zastąpi nam język portugalski, kiedy wjedziemy do Brazylii. Tam planujemy zobaczy

niesamowite Rio de Janeiro, które będzie areną kolejnych igrzysk olimpijskich oraz mistrzostw świata w piłce nożnej. Kolejnym państwem na naszej trasie będzie Argentyna. Granicę między nią a Brazylią przekroczymy w okolicy wodospadów Iguazu – jednych z najbardziej widowiskowych na świecie. W porze deszczowej przez system wodospadów przepływa więcej wody, niż przez słynną Niagarę, a ich najbardziej spektakularne skupisko nazywane jest gardłem diabła.

Nie ominiemy oczywiście stolicy Argentyny i tańca tango – Buenos Aires. Po kilku dniach zostawimy za sobą boskie Buenos, by zapuścić sie w bardziej dzikie obszary tego wielkiego kraju – Patagonię. Na atlantyckim wybrzeżu mamy nadzieję spotkać pingwiny, a następnie skierowac się na zachód – w stronę Andów na granicy z Chile. Trudno powiedzieć dokładnie, ile czasu zajmie nam podróż do tego momentu, ale mamy nadzieję, że będziemy mieli co najmniej kilka dni na trekking wśród dziewczych gór tego regionu.

Ostatnim państwem, które odwiedzimy w Ameryce Łacińskiej, będzie Chile. Z położonej w centrum kraju stolicy, Santiago, polecimy w dalszą podróż. Miejscem docelowym będzie Nowa Zelandia, jednak po drodze spędzimy kilka dni w Los Angeles oraz przywitamy Nowy Rok na egzotycznym Fidżi.

 

Pierwsze tygodnie w Ameryce Łacińskiej spędzaliśmy w bardzo dużym tempie. Nie wiedząc, jaki czas zajmnie nam pokonywanie wielkich odległości, staraliśmy się poruszać szybko, jeżdząc nocami i nie zatrzymując się nigdzie na długo. Duże opóźnienie mogłoby okazać się poważnym problemem pod koniec tego etapu podróży – nie mogliśmy przecież nie dotrzeć na samolot w dalszą drogę.

Przekraczając granicę Brazylii z Argentyną byliśmy w połowie czasu przeznaczonego na ten kontynent i wiedzieliśmy, że teraz nie musimy się już spieszyć. Dlatego w tym kraju spędziliśmy ponad dwa tygodnie, poznając go z różnych perpektyw. Wodospady Iguazu, wybrane jednym z siedmiu cudów natury, położone były na naszej trasie z Rio do Buenos Aires, nie mogsliśmy więc się tam nie zatrzymać. Podobnie jak Niagara na północnej półkuli, Iguazu położone jest na granicy dwóch państw i każde z nich oferuje możliwość zobaczenia tego niesamowitego miejsca. Choć to brazylijska strona oferuje najsłynniejszy widok, my wybraliśmy park w Argentynie, który jest większy i bardziej zróżnicowany. Obejście wszytskich tras zajmuje większość dnia. Poza, rzecz jasna, samymi wodospadami, których ogrom trudny jest to oddania zarówno w słowach, jak i na zdjęciach, zachwycające są też pozostałe elementy przyrody. Spacerując ścieżkami prowadzącymi przez las deszowy, spotkać można wielkie, kolorowe motyle, niemal metrowej długości jaszczurki i inne zwierzęta. Kto nie boi się zmoknąć, może wykupić rejs pontonem tuż przed wodospad. Dla wszystkich zaś dostępny jest taras widokowy bezpośrednio nad gardzielą diabła – gdzie z prawie 100-metrowego urwiska spada największa część wody. Dodatkową atrakcją tego dnia był dla nas nocleg.

Ponieważ na kolejny dzień zaplanowaliśmy jazdę autostopem, bez sensu było nam wracać kilkanaście kilometrów do miasta Puerto Iguazu. Zamiast tego znależliśmy kawałek mniej zarośniętej dżungli i przespaliśmy się w hamakach. Droga do Buenos Aires zajęła nam 3 dni. Chcieliśmy przejechać jak największy odcinek trasy autostopem. Bardzo szybko okazało się jednak, że będzie nam ciężko dotrzeć na czas poruszając się w taki sposób. Kierowcy zatrzymywali się niechętnie, a największy dystans przejechaliśmy z Belgami, podróżującymi własnym busikiem.

Po jednodniowym przystanku w Montevideo – stolicy Urugwaju, wybieramy się najpierw autobusem, a później promem do stolicy Argentyny, drugiego największego miasta w Południowej Ameryce – Buenos Aires. Pierwsze kroki postawione w mieście to próba orientacji w terenie i zachwyt nad niespotkaną przez nas dotychczas architekturą. Podobną do europejskiej, jednak z odczuwalnym latynowskim charakterem.

Zatrzymujemy się tutaj u Blasa – hiszpańskiego odpowiednika imienia Błażej –chłopaka poznanego poprzez portal couchsurfing. W domu będzie on dopiero wieczorem, więc cały dzień spędzamy na spacerowaniu po mieście ze znalezioną mapą zatrzymując się na trochę w ciekawszych miejscach. Okolice najbardziej interesujące do przejścia nie są wcale tak daleko od siebie, a w razie czego z pomocą przychodzi komunikacja miejsca. Bardzo tania (1,50 peso, czyli około 60 groszy za przejazd). Z Blasem dogadujemy się bardzo dobrze. Hostowanie podróżników nie jest dla niego niczym nowym. Przyjmuje ich zawsze, gdy ma czas. Jesteśmy u niego 3 noce, w trakcie których całe dnie spędzamy w mieście, a już w pierwszy wieczór mamy zaproszenie na imprezę Couchsurferów z Buenos Aires.

Kolejnego dnia wybieramy się do dzielnicy San Telmo. Powodem, dla którego się tutaj znaleźliśmy jest pchli targ, który odbywa się w każdą niedzielę. Okolica jest bardzo ładna i przyjazna. Na straganach można kupić niemal wszystko. Większość rzeczy związana jest z argentyńską lub latynoamerykańską kulturą. Sprawiamy sobie sprzęt do picia yerba mate. Jako, że targ zamykają zdecydowanie za wcześnie, decydujemy się jeszcze przejść. Dochodzimy do najszerszej ulicy na świecie, w której centralnym miejscu znajduje się bardzo charakterystyczny obelisk. Z naszych obliczeń wynika, że w skład połowy ulicy wchodzi 13 pasów dla samochodów, 2 dla autobusów i 4 pasy zieleni. Co ciekawe nie udało nam się przejść ulicy za jednym razem. Bywało, że nawet 3 razy staliśmy na światłach. Wieczór spędzamy spokojnie w domu, wraz ze znajomymi naszego gospodarza. Kolejnego dnia przenosimy sie do hostelu, a po południu odwiedzamy zoo w centrum miasta. Spędzając wieczór w barze naszego hostelu, poznajemy ludzi z Peru, Kolumbii i innych krajów. Wielkie Buenos przyciąga ludzi z całego kontynentu, a wszyscy chwalą sobie miasto. Przed wyjazdem spędzamy jeszcze trochę czasu w MALBA – muzeum sztuki latynoamerykańskiej. Ładny, nowoczesny budynek zawiera całkiem sporą kolekcję, głównie sztuki współczesnej. Największe wrażenie robią wielkie i skomplikowane instalacje. Ostatniego wieczoru zahaczamy o polski akcent w stolicy Argentyny – prowadzony przez dwóch Polaków bar Kraków. Poza, rzecz jasna, polskimi alkoholami i potrawami, mają spory wybór innych dań i napojów, a sam lokal jest duży i wyraźnie popularny. Krótką rozmowę odbywamy przy smacznym Gambrinusie oraz porcji frytek z roztopionym cheddarem. Następnym przystankiem na naszej trasie jest Puerto Montt. Dostajemy się tam nocnym pociągiem i po spędzeniu dnia w Bahia Blanca, nocnym busem. Miasto jest nastawione na turystykę i w jego okolicach można znaleźć liczne kolonie morskich zwierząt, a nawet wybrać się łódką na ocean, żeby podziwiać rekiny. Nam najbardziej zależy na największej kolonii pingwinów.

Po rozeznaniu w cenach decydujemy się wynająć samochód wraz z parą z Izraela. Opcja taka jest znacznie tańsza niż wykupienie wycieczki i daje nam pewną niezależność. Jedziemy 200 km na południe, do Punto Tombo – niewiekiego przylądka, który jest domem dla jednej z największych na świecie kolonii pingwinów magellana. W sezonie może przebywać ich tam nawet 400 tysięcy. Park zbudowany jest tak, że chodzi się dosłownie po środku stada. Zabawne zwierzęta człapią niezdarnie po ścieżkach, siedzą w gniazdach wysiadując jaja i wskakują do oceanu na połów. Poza pingwinami są tam też podobne do lam vicunie oraz niewielkie gryzonie. Wycieczka zajmuje całe popołudnie. Noc spędzamy na plaży, a kolejnego dnia wracamy na terminal autobusów, by udać się za zachód, w stronę Andów.          

Wybór naszej bazy wypadowej w Patagonii padł na Bariloche - małą, malowniczą miejscowość położoną nad kilkoma jeziorami i pośród gór, na szczytach których, mimo początku lata, można zauważyć śnieg. Niektórzy porównują to miasto do alpejskich wiosek. To, co na pewno łączy te krainy, to architektura oraz krajobraz, jednak bardzo szybko idzie się zorientować, że nie jesteśmy w Szwajcarii, chociażby po tym, że każdy mówi po hiszpańsku.

Wraz z przyjazdem do Bariloche nie mieliśmy konkretnego planu na trekking w tych rejonach. Wiedzieliśmy, że jest tutaj wiele szlaków, którymi można podążać nawet kilka dni. Po pierwszych oględzinach mapy padł pomysł, żeby przejść pieszo do Chile. Plan szybko nam się spodobał, wiązał się również z małymi oszczędnościami, ponieważ nie musieliśmy granicy przekraczać autobusem. Wystarczyło zorientować się w informacji turystycznej, jaka jest najlepsza możliwość i zarezerwować bilet na następny dzień.

Autobusem przejechaliśmy około 50km. Druga połowa trasy prowadziła przez początek Parku Narodowego, tym samym skończył się asfalt. Poza nami jest kilku backpacerków. Większość osób wybrała jednodniowe wycieczki z przewodnikiem. Wśród nich jest nawet Polka wraz ze swoim argentyńskim narzeczonym. Szybko poznajemy również Kanadyjczyka, który ma namiot i wymieniamy się planami na najbliższe dni. Stwierdzamy, że jeżeli tempo nam pozwoli, możemy śmiało nocować w tych samych miejscach. W końcu zawsze lepiej chodzić w towarzystwie. Szczególnie kogoś nowego. :)

Trekking zaczynamy w Pampa Linda, małym schronisku, do którego można bez problemów dojechać samochodem lub motocyklem. Pierwszym celem jest mały wodospad, który zlokalizowaliśmy na mapie.  Docieramy do niego po około godzinie i tak jak przez cały czas nie spotykamy nikogo innego, nad wodpospadem zastajemy argentyńską wycieczkę. Nie jest to idealna dla nas sytuacja, ponieważ miejsce jest piękne i chętnie posiedzielibyśmy w ciszy, wskakując pod kilkudziesięciometrowy spad wody. Plany te urzeczywistniamy po śniadaniu i kilkunastu minutach oczekiwania, kiedy to wycieczka decyduje się na powrót. Co ciekawe, rozglądając się dookoła można przypuszczać, że wodospad był kiedyś znacznie większy i prawdopodobnie znajdowało się tutaj także sporej wielkości jezioro.

Pierwszy nocleg w Parku planujemy spędzić nad jeziorem Illon. Jest ono oddalone o około 4 godziny trekkingu od wodospadu. Pierwszą przeszkodą, jaką napotykamy na swojej drodze, jest rzeka. Tuż przed nią znajduje się tabliczka mówiąca, że przekraczamy ją na własną odpowiedzialność... Około 30 min szukamy idealnego do przejścia miejsca. W końcu pada na drzewo rosnące w miejscu,  gdzie rzeka jest najgłębsza. Zadanie okazuje się nienajłatwiejsze, jednak po sporych akrobacjach, z pomocą drzewa rosnącego nad nurtem, docieramy na drugi brzeg. Dalsza część trasy to już głównie wspinaczka stromym lasem. Strumyki, które musimy przekroczyć, są już znacznie mniejszych rozmiarów, nad tymi większymi przeważnie znajdujemy mostek. Po wejściu na przełęcz teren się znacznie wyrównuje. Tam też spotykamy się z kolejną przeszkodą. Niepozorna zielona trawka okazuje się mchem porastającym całkiem sporych wielkości bagno. Z pomocą bambusowych kijów udaje nam się jednak bezpiecznie dotrzeć na drugą stronę. Problemem są tylko zabłocone buty...

Do jeziora docieramy w momencie, w którym rozważmy już nocleg gdzieś w lesie. Kanadyjczyk wyprzedził nas o około pół godziny.  Dzięki temu na miejscu campingowym zastajemy ognisko. Rozbijamy namiot i jemy kolację, obserwując zachód słońca nadający ośnieżonym górom pomarańczowy kolor. Resztę wieczoru spędzamy na rozmowach, popijając yerba mate. Pomimo chłodu zasypiamy szybko.

Dzień rozpoczynamy od śniadania i pożegnania się z naszym znajomym. Wstał znacznie wcześniej niż my i szybciej był gotów do wyjścia. Wstępnie umawiamy się w schronisku położonym u podnóża lodowca, powyżej granicy śniegu. Szybko porzucamy plany o spędzeniu tam noclegu jeszcze tego samego dnia. Mimo że wracamy tą samą trasą, na dobre dwie godziny gubimy szlak. Rzeka, którą wczoraj przekraczaliśmy, z powodu późnej  godziny jest nieco głębsza, przez co moczymy tam swoje stopy. Idziemy jeszcze około godziny, do samego podnóża lodowca. Nocleg spędzamy przy rzece, jutro czeka nas porządna wspinaczka.

Noce i poranki w Patagonii są dosyć chłodne. Utrudniają nam one wygrzebanie się z namiotu, dlatego też dnie zaczynamy dopiero po 10, kiedy słońce bardzo przyjemnie zaczyna ogrzewać nasz mały „pokój” i wyjście ze śpiwora jest znacznie łatwiejsze. Na śniadanie zjadamy resztki wczorajszej kolacji. Żywności mamy na 7 dni i musimy ją odpowiednio racjonować. Dodatkowym pocieszeniem przy każdym posiłku jest zmniejszająca się waga plecaka. Zaczynając trekking podręczna waga wskazywała prawie 30kg na każdy plecak... Nie mamy za to problemu z wodą. W górach występują liczne strumyki i rzeki, które spływają z lodowca, a woda która w nich płynie jest lepsza od niejednej butelkowanej, którą znajdziemy w sklepie.

Wspinaczka na lodowcu Tornador jest bardzo męcząca i zajmuje nam niemal cały dzień. Szlak początkowo wiedzie szutrowymi serpentynami, po których jeżdżą również co lepsze samochody dostarczające do schroniska najpotrzebniejsze produkty. Droga ta jednak po około dwóch godzinach się kończy. Nagle robi się znacznie stromiej. Niebo jest bezchmurne, a każdy cień na wagę złota. Nic nie zapowiada, że zaraz spędzimy najzimniejszą noc podczasz naszego wyjazdu. Po kolejnych kilku godzinach wspinania się, docieramy w końcu do miejsca, gdzie drzewa są coraz niższe, a skał coraz więcej.

W końcu pierwszy raz od wylotu z Polski mamy przed sobą śnieg. Musimy podejść po nim jeszcze trochę, żeby znaleźć się w schronisku. Trzeba być bardzo ostrożnym, ponieważ wraz z końcówką wiosny śnieg jest coraz słabszy i można w nim zapaść nawet powyżej kolan, co zresztą nam się przytrafia. Wraz z wyjściem z lasu zmienia się nieco krajobraz. 1000 metrów różnicy poziomów, które pokonaliśmy, pozwala obserwować okolicę z nieco innej perspektywy. Przez jedną z przełęczy dostrzegamy nawet kawałek jeziora, nad którym obozowaliśmy wczoraj.

Pocieszający na takiej wysokości jest brak much, które towarzyszą naszemu trekkingowi od pierwszych minut. Muchy te są całkiem sporych rozmiarów i różnych kolorów. Odpędzać się od nich musimy nieustannie. Gdy tego nie robimy, gryzą. Nie specjalnie boleśnie, ale daje się to odczuć. Szczęśliwie po ukąszeniach nie zostają żadne znaczące ślady.

Do schroniska docieramy kilka godzin przed zachodem słońca. Dookoła są  tylko skały i śnieg. Bardzo trudno znaleźć odpowiednie miejsce na namiot. Spotykamy naszego znajomego z Kanady, który dotarł tutaj znacznie wcześniej i rozbił się kilkadziesiądt metrów wyżej. Niestety dla nas nie ma tam już miejsca. Rozbijamy się dosyć blisko Refugio. Przygotowujemy obiad i po zmroku z radością spożywamy go pod dachem i przy stole. W namiocie śpimy tylko my i Kanadyjczyk. Reszta osób za  całkiem sporą opłatą spędza noc w schronisku. Wielu z nich jutro z rana atakuje szczyt lodowca, inni właśnie wrócili. Do zdobycia góry Tornador potrzeba specjalistycznego sprzętu. Przynajmniej raków i czekanu. My oczywiście sprzętu tego nie posiadamy i nawet przez myśl nam nie przechodzi zdobycie tego ponad trzytysięcznego lodowca.

Noc jest najzimniejsza jak do tej pory. Temperatura oscyluje w okolicach zera sprawiając, że nasz sen jest bardzo niespokojny i często się przebudzamy. Rano wszystko wraca do normy i gdy słońce kolejny raz ogrzewa namiot, wybudzamy się, jemy resztki wczorajszej kolacji i zacznymy schodzić tą samą trasą, co wczoraj. Kierunek, który obieramy po zejściu to granica argentyńsko–chilijska. Szacujemy, że potrzebujemy  jeszcze 3 dni, aby tam dotrzeć. Pocieszający jest fakt, że na swojej trasie mamy jeszcze tylko jedno podejście na przełęcz, która w porównaniu z poprzednimi wydaje się być śmiesznie prosta.

Według naszych paszportów, 16 grudnia nie spędziliśmy ani w Argentynie, ani w Chile. Tego dnia dostaliśmy pieczątkę wyjazdową, ale do jeziora Todos Los Santos, nad który znajduje się chilijski punkt kontroli granicznej, dzieliło nas ponad 20 km – za dalako na jedno, upalne popołudnie. Oficjalnie dotarliśmy do Chile dopiero 17 grudnia.

Licząca 120 mieszkańców miejscowość Peulla nie ma drogowego połączenia z resztą kraju. Cały transport i zaopatrzenie odbywa się przez jezioro, na prywatnych łódkach i promach. By dostać się dalej, musieliśmy skorzystać z popołudniowego rejsu. Chile określa się, jako najbardziej rozwinięty kraj Ameryki Łacińskiej i ta opinia od poczatku się potwierdziła. W odizolowanej wioseczce w środku parku narodowego, udało się nam zapłacić za rejs kartą kredytową. Nie mieliśmy z resztą innej możliwości, nie mając jeszcze lokalnej waluty. Dwugodzinna przeprawa była pięknym powitaniem w nowym kraju. Niesamowity kolor jeziora, które nieoficjalnie nazywane bywa jeziorem szmaragdowym, zielone góry z ośnieżonymi szczytami i wreszcie monumentalne stożki wulkanów – przyroda w tym miejscu była zachwicająca. Jednak my już od tygodnia żyliśmy w dziczy i nie mogliśmy doczekać się komfortów miasta. Na samym początku dogodziliśmy sobie sporym posiłkiem, póżniej czerwonym winem i deserem na świeżym powietrzu. Na prysznic i łóżko przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać.

Do zaplanowanego na 25 grudnia lotu z Santiago, stolicy kraju, mieliśmy jeszcze sporo czasu. By nie spędzać go w całości w jednym mieście, postanowiliśmy udać się nad ocean i wypocząć po górskich przygodach. Nie mając wielkiego pojęcia, która część długiego wybrzeża warto odwiedzić, wybraliśmy niedaleką miejscowość Valdivia. Ładne miasteczko, bedące jedną z pierwszyk kolonialnych osad w tej części kontynentu, nie leży bezpośrednio na wybrzeżu. Dostajemy się tam tanim, lokalnym busikiem. Po niemal dwóch miesiącach, znów jesteśmy nad Pacyfikiem. Łatwo znajdujemy dziką plażę w niewielkiej zatoczce i przez chwilę rozkoszujemy się lenistwem i zapachem oceanu.

Po ostatnim na tym kontynencie nocnym autobusie lądujemy w stolicy kraju, Santiago. Wielkie miasto położone jest niemal u stóp Andów, a w pogodne dni można zobaczyć stąd najwyższy szczyt Ameryki Łacińskiej – Aconcagua. Samo miasto nie należy do najbardziej ekscytujących. Dla nas jest to przede wszystkim miejsce, w którym spędzimy Boże Narodzenie po raz pierwszy poza Polską. Przez portal Couchsurfing udaje nam się znaleźć nocleg. Zatrzymujemy się u Sergio, studenta z Santiago.

Santiago niestety nie jest najciekawszym miastem w Chile, ale dzięki temu nie poświęcamy wiele czasu na zwiedzanie. Poza spacerem po centrum, jedno popołudnie spędzamy w winnicy Cooncha y Torro – największej w Chile, będącej producentem słynnego wina Casilera del Diablo. Mając dużo czasu, możemy spokojnie odpocząć, spędzić czas z naszym gospodarzem i zająć się przygotowaniami do Świąt. Na międzynarodowej Wigilli, którą spędzamy w gronie osób z Chile, Niemiec, Włoch i Ekwadoru, postanawiamy wprowadzić polski akcent. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach udaje nam się znaleźć w sklepie kiszoną kapustę i popołudnie spędzamy gotując barszcz i lepiąc pierogi. Będąc w studenckim towarzystwie, nie poznajemy lokalnych zwyczajów świątecznych, ale za to spędzamy wiglijny wieczór miło i na luzie. Musimy zresztą być wypoczęci – następnego dnia czeka nas dwunastogodzinny lot do Los Angeles.

Krótka wizyta w Kalifornii nie była elementem naszego pierwotnego planu, ale ceny lotów z Ameryki Południowej do Australii, naszego kolajnego celu, okazały się tak wysokie, że lepszym rozwiązaniem było połączenie z przesiadką w Stanach. Dodatkowo umożliwiło nam to odwiedzenie Los Angeles, a później – Fiji.

4 dni to zdecydowanie zbyt krótko, żeby poznać te gigantyczną metropolię. Przechodzące z jednego w drugie miasta ciągną sie wzdłuż wybrzeża Pacyfiku przez ponad 150 km, tworząc jedną z największych aglomeracji na świecie. Widok podczas nocnego lądowania jest niesamowity, ale na ziemi nie jest już tak kolorowo. Ponieważ praktycznie każdy mieszkaniec posiada samochód, komunikacja publiczna jest słabo rozwinięta. Przez to wszytsko postanowiliśmy nie starać się zwiedzać na siłę, a raczej spędzić czas z naszymi couchsurferami i przejść się po słynnych dzielnicach.

Pierwszy Amerykanin, u którego gościmy, Jim, mieszka w azjatyckiej dzielnicy. Przechadzając się jej prostymi ulicami można by śmiało pomyśleć, ze jest się w wyjątkowo zadbanym mieście w Chinach. Wiekszość ludzi na ulicy to Azjaci, napisy na sklepach i budynkach to najczęściej język chiński, nie wspominając o małych kramikach i restauracjach. Ogromnym plusem tej części miasta jest właśnie jedzenie. Jim zabiera nas do trzech lokali, gdzie jemy jedne z najlepszych posiłków w naszym życiu. Choć Ameryka kojarzy się głównie z hamburgerami z Macdonalda, to można tam zjeść dużo, dużo lepiej.  Jak mówi Jim – w LA można znaleźć wszytsko. Przekonujemy się o tym zupełnie, gdy zabiera nas do europejskiego sklepu, gdzie na półkach stoi kilka gatunków polskiego piwa, w tym... EB, którego nawet w kraju nie widzieliśmy od dawna. Razem odwiedzamy jeszcze California Science Center – rodzaj muzeum techniki, którego największą atrkacją jest prom kosmiczny Endeavour.

Nasz drugi couchsurfer, Vinnie, zabiera nas na świąteczną imprezę do swoich przyjaciół. Atmosfera jest trochę jak a amerykańskim filmie i jest to ciekawe doświadczenie. Wszyscy są otwarci i chętni do rozmowy, zaciekawieni naszą podróżą. Choć w Kalifornii jest zima, to temperatura w ciagu dnia nie spada poniżej 20 stopni i świeci słońce. Jednak na tej imprezie, w udekorowanym domu, przez chwilę czujemy śnieżną atmosferę.

Już na własną rękę zwiedzamy najsłynniejsze dzielnice LA – Hollywood oraz Santa Monica.  Odmawiamy licznym naganiaczom proponujacym zorganizowane wycieczki do miejsc, gdzie mieszkają gwiazdy czy do wielkich studiów filmowych. Spacerujemy po Hollywood Boulevard, mijając na chodniku wytłoczone gwiazdy z nazwiskami Hendrixa, Jacksona, Paderewskiego i wielu innych. Atmosfera tego miejsca jest niesamowita, z gęstym tłumem, knajpami i sklepami wszelkiego rodzaju, licznymi studiami tatuażu, domorosłymi muzykami sprzedajacymi swoje płyty na ulicy. A nad wszystkim góruje słynny napis Hollywood – z tej odległości dużo mniejszy, niż ten znany nam wszystkim z filmów.

Godzinny kurs autobusem zabiera nas do Santa Monica, dzielnicy położonej nad najsłynniejszą plażą LA. To tu działa się akcja Słonecznego Patrolu. My nie mamy okazji zobaczyć słynnych ratowników, ponieważ docieramy tam już po zachodzie słońca. Spacerujemy po dużym molo z parkiem rozrywki, gdzie mijamy kolejny filmowy akcent – Bubba Gump Shrimps, sklep nazwany na cześć przedsiębiorstwa z filmu Forrest Gump.

Ostatniego dnia wybieramy sie na wielkie, amerykańskie śniadanie – z naleśnikami, kawą z dzbanka i jajkami z bekonem. Jeszcze na chwilę odwiedzamy plażę Santa Monica, by pojechać z powrotem na lotnisko, skąd jeszcze tego wieczoru polecimy na Fiji.

Fidżi
Podobnie jak podczas przekraczania granicy Argentyny i Chile, podróżując na Fidżi – państwo położonego na wyspach Pacyfiku, na północ od Nowej Zelandii – w naszych paszportach „zgubiliśmy” jeden dzień. Wystartowaliśmy z Los Angeles wieczorem 29 grudnia, zaś przy pieczątce z napisem Fiji mamy datę 31 grudnia. Nie było to wcale spowodowane utrudnieniami lotu, a tym,  że nad oceanem przekraczaliśmy 180 południk. W tym miejscu spotykają się najdalej oddalone od siebie strefy czasowe i tam zaczyna się każdy nowy dzień. To geograficzne kuriozum pozwoliło nam na małą podróż w czasie.

Nocny lot minął spokojnie, a stewardessy z kwiatami we włosach wprowadzały wyspiarski klimat. Nie przygotowało nas to zupełnie na to, co stało się już po wylądowaniu. Kiedy pozostali pasażerowie sprawnie przechodzili przez kontrolę paszportową, nasze dokumenty zabrano i kazano czekać. Po 10 minutach wezwano nas do małego, dusznego pokoju, gdzie za zawalonym papierami biurkiem siedział celnik. Z marsową miną i raczej agresywnym tonem zaczął wypytywać nas, skąd mamy pieniądze na podróż, dlaczego nie mamy lotu powrotnego po Polski, co zamierzamy robić na Fidżi. Nasze 50 euro w portfelach nie zrobiło zbyt dobrego wrażenia, a to, że dalej lecimy do niedalekiej Nowej Zelandii jeszcze pogorszyło naszą sytuację. W końcu udało się go przekonać i już był gotowy dać nam spokój, gdy pojawiłą się ostatnia kwestia – gdzie się zatrzymujemy. Nasz couchsurfer, Mitch, nie dał nam ani numeru telefonu, ani adresu, gdyż obiecał czekać na lotnisku. Urzędnik stwierdził, że w takim razie musi go zobaczyć i razem udaliśmy się do kawiarni, w której miał czekać.  Ale tam, poza obsługą, była jedynie kobieta. Coraz bardziej zniecierpliwiony urzędnik stwierdził, że skoro nie mamy gdzie się zatrzymać – a pewnie na ten temat kłamiemy – nie wpuści nas na Fidżi. Przez moment byliśmy poważnie zestresowani, ale sytuację uratowała samotna dziewczyna przy stoliku – jak się okazało, siostra Mitcha. Podała wszystkie potrzebne informacje i razem opuściliśmy lotnisko.

U Mitcha, w sporym domu na przedmieściach Nadi – średniej wielkości miasta, którego jedynym ważnym obiektem jest międzynarodowe lotnisko – spędziliśmy dwa pierwsze dni na Fidżi. Przylecieliśmy na tropikalne wyspy bez konkretnego planu, ale pozostali mieszkańcy domu szybko poinformowali nas, jak najlepiej wykorzystać nasz czas. Na głównej wyspie Fidżi nie znajdziemy wielu najpiękniejszych plaż – woda nie jest czysta, do tego o tej porze roku dużo pada. Tych problemów można uniknąć na malutkich wysepkach, zbitych w archipelagi. Popularny jest tu tak zwany Island Hopping, czyli dosłownie „skakanie po wyspach”. Polega na przemieszczaniu się miedzy różnymi grupami wysp, spędzając na nich po 1 – 2 noce. Jest to jednak kosztowne przedsięwzięcie i my decydujemy się spędzić 5 dni na tylko jednej, bardzo niewielkie wyspie Mana. Leżący w wulkanicznym archipelagu Mamanuca kawałek lądu można obejść w trzy godziny. Są tam dwa drogie ośrodki turystyczne oraz dwa hostele, zapewniające proste warunki. My wybraliśmy te drugie. Formalności załatwiliśmy przez biuro turystyczne (jedno z kilkudziesięciu w niewielkim miasteczku), dogadaliśmy się odnoście ceny i wreszcie mogliśmy trochę odpocząć – w końcu przed nami była jeszcze noc sylwestrowa!

Zmęczeni lotem, ucięliśmy sobie drzemkę i obudziliśmy się pół godziny przed północą. Mimo tego starczyło nam czasu na dostanie się do miasta przed północą. Typowe dla Fidżi jest świętowanie na ulicach, ale w tym roku w Nadi nie ma takiej imprezy. Noc spędziliśmy w klubie, wraz z naszymi gospodarzami. Jest muzyka na żywo i parkiet, ale większość czasu siedzimy przy stole. Pije się głównie lokalne piwo, nalewając do szklanki, którą trzeba wypić na raz, ponieważ jest tylko jedna szklanka, krążąca wokół stołu. Nie wynika to bynajmniej z niedoboru naczyń – jest to tradycyjny sposób picia. Wywodzi się z tradycji picia kawy, lokalnego napoju przyrządzanego z korzenia pieprzu metysowego.  W Nowy Rok porządnie odsypiamy zabawę oraz lot, a wieczór spędzamy w domu, gdzie nasi gospodarze kontynuowali imprezę. Nie siedzimy jednak do późna, gdyż następnego ranka wyruszaliśmy na wyspę Mana.

O 10:00 (z prawie godzinnym opóźnieniem, co na wyspach jest normą) samochód zabrał nas nad ocean. Tam czekała średniej wielkości motorówka, którą, wraz z kilkoma innymi osobami, popłynęliśmy Mana. Przez niemal godzinny rejs mijaliśmy kilka innych wysp archipelagu, większość jeszcze mniejszych niż nasza.

We wcześniej zarezerwowanym hostelu obsługa zaśpiewała powitalną piosenkę po angielsku oraz fidżyjsku, oprowadziła po okolicy oraz podała godziny posiłków. Po tych formalnościach mogliśmy wreszcie zacząć rozkoszować się pobytem na rajskiej wysepce. A to określenie jest w pełni zasłużone – palmy kokosowe, czyste i puste plaże, błękitna woda spokojnej laguny i bezchmurne niebo nie pozostawiały nic do życzenia.

Naszych pięciu dni w raju nie spędziliśmy jednak do końca leniwie. Pierwszym, co zrobiliśmy, było pożyczenie masek i rurek do nurkowania. Oczarowani niewielką, ale kolorową i pełną ryb rafą, spędziliśmy w ciepłej wodzie całe popołudnie – co poza zachwytem, przyprawiło nas o lekkie poparzenia słoneczne.

Za stosunkowo niewielką opłatą wybraliśmy się na dwie wycieczki, trwające po pół dnia. Długą łodzią rybacką, sterowaną przez nastoletnich Fidżyjczyków, popłynęliśmy na pobliska wyspę Monoruki, gdzie powstały zdjęcia do filmu „Cast away” z Tomem Hanksem. Podobnie jak aktor, eksplorowaliśmy malutki kawałek lądu i próbowaliśmy świeżych orzechów kokosowych. Mając lokalnych przewodników, udało nam się nawet wspiąć na najwyższy punkt wyspy, skąd roztacza się niesamowity widok na cały archipelag - wbrew temu, jak zostało to pokazane w filmie, Monoruki nie jest samotna wyspą.

Kolejnego dnia, wraz z trzema dorosłymi mieszkańcami naszej wyspy, udaliśmy się na ryby. Wyprawa zaczęła się od łapania przynęty – nie były nią jednak robaki, a... kraby. Szybkie stworzenia, chowające się w skałach stanowiły trudny obiekt do złapania, ale dość szybko zebraliśmy wystarczającą liczbę. Następne dwie godziny spędziliśmy dryfując nad rafami, opuszczając haczyki na sznurkach przyczepionych do pustych butelek. Choć taki sprzęt rybacki wydaje się bardzo prosty, był też całkiem skuteczny. Udało nam się złowić ponad dziesięć ryb, które wieczorem przyrządziliśmy w prawdziwie wyspiarski sposób – bezpośrednio na ognisku.

Wieczory spędzaliśmy przed naszym hostelem, leżącym bezpośrednio przy plaży. Podczas wieczornego przypływu woda podchodziła do samego budynku, a dzieci z pobliskiej wioski bawiły się na falach przy zachodzie słońca. Krótko po zmroku szły spać, a my zostawialiśmy, prowadząc rozmowy z innymi gośćmi oraz lokalnymi mieszkańcami. Dwa razy postanowiliśmy spróbować kawy. Tradycyjny napój wysp Pacyfiku przyrządza się, rozpuszczając w wodzie zmielony korzeń pieprzu metysowego. Specyfik, pity z wielkiej miski przy pomocy czarki z orzecha kokosowego, ma działanie odwrotne do znanej nam kawy – relaksuje, uspokaja i pomaga zasnąć. Pijący z nami Fidżyjczycy wspominają, że czasem podają go dzieciom, które nie chcą iść spać. Dla dorosłych działanie narkotyczne jest raczej znikome, ale sam tradycja picia jest interesująca. Mistrz ceremonii najpierw przesącza proszek w małym woreczku z tkaniny, aż napój uzyska odpowiednie stężenie. Później każdy pije po kolei, zawsze opróżniając czarkę za jednym razem. Przed tym należy powiedzieć „bula” – w języku fidżyjskim to słowo jest używane zarówno jako pozdrowienie jak i odpowiednik naszego „na zdrowie”.

Gdy piątego dnia opuszczaliśmy naszą wyspę, pracownicy hostelu pożegnali nas melancholijną piosenką. Na Fidżi spędzamy jeszcze tylko jedną noc, kolejnego dnia udając się na lotnisko w Nadi, na nasz lot do Nowej Zelandii.  Nikt nie mógłby zaprzeczyć, że wyspiarskie państwo ma wszystko, czego można oczekiwać od tropikalnego raju. Czyste plaże, błękitne laguny, palmy kokosowe i wesołych mieszkańców, noszących kwiaty we włosach. Ale zobaczenie rys na tym obrazie także nie wymaga specjalnej wnikliwości. Mieszkańcy są uśmiechnięci i pomocni, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że obok tradycyjnej gościnności kieruje nimi chęć zysku. Niewiele z wysp można nazwać dziewiczymi – na każdej, która ma wystarczająco płaskiego terenu, zbudowano już kilka hoteli, a większość z nich, choć zatrudnia Fidżyjczyków, powstała z zagranicznego kapitału, a cena za noc kilkakrotnie przekracza tygodniówkę przeciętnego pracownika.

Do Auckland, około milionowego miasta położonego na północnej wyspie Nowej Zelandii, przylatujemy w środku nocy i mamy jedynie schematyczny plan na najbliższe kilka dni. Nieprzyjemnie doświadczeni na lotnisku na Fidżi, zabookowaliśmy hostel na pierwsze noce, aby zorientować się na spokojnie w możliwościach jakie daje nam nowy kraj. Planujemy spędzić tutaj około dwóch miesięcy i zakładamy, że charakter naszego pobytu będzie w dużym stopniu uzależniony od tego, gdzie i jak ciężko będziemy pracować. Jak to jednak z naszymi planami bywa, są one elastyczne i dostosowujemy je do sytuacji.

Po odespaniu nocnego lotu, na początek naszej nowozelandzkiej przygody, umawiamy się na spotkanie z dwiema dziewczynami  z Polski – Szyszką i Szymankiem. Podróżują one podobnie jak my – dookoła świata. Kontakt złapaliśmy dzięki facebookowi oraz serwisowi polakpotrafi.pl, na którym też szukały wsparcia na swoją wyprawę. Sytuacja w której się znalazły była jednak nieco inna – potrzebowały pieniędzy, ponieważ zostały uprowadzone i obrabowane w Afryce, tracąc większość budżetu na swoją podróż.

Dziewczyny są w Nowej Zelandii już nieco dłużej i orientują się w możliwościach pracy znacznie lepiej niż my. Co prawda same o pracy ani przez chwilę nie myślały, jednak zwiedzając kraj wraz z innymi plecakowiczami poznały tutejsze realia. Uważają one, podobnie zresztą jak większość spotkanych przez nas ludzi, że znalezienie pracy, gdy mamy jedynie wizę turystyczną, jest wręcz niemożliwe. Większość obywateli państw UE cieszy się z tzw. Work&Holiday Visa, pozwalajacej na roczny pobyt z możliwością zarobku. Niestety dla Polaków ten program jest bardzo ograniczony i my nie możemy z niego skorzystać. Dziewczyny potwierdzają zasłyszaną już przez nas teorię, że w Australii łatwiej znaleźć pracę oraz można zarobić więcej pieniędzy.

Po wspólnym wieczorze decydujemy się spotkać z offtoseetheworld (jak nazwały siebie na facebookowej stronie) ponownie następnego dnia. Rozważamy także wspólną wyprawę samochodem na północ wyspy. Jest to najtańsza opcja podróżowania po tym pięknym i urozmaiconym kraju. Ceny autobusów są wygórowane i  uzależniają nas one od miast, których eksplorując kraj wolimy uniknąć. W Nowej Zelandii można bez problemu znaleźć zorganizowane campingi z kuchnią i łazienkami lub rozbić się na dziko w odpowiednim miejscu nie narażając się na mandat. Jednak aby do takich miejsc dotrzeć, konieczny jest własny środek transportu.

Zanim wsiądziemy do naszego Nissana, decydujemy się jeszcze kupić bilety do Australii na przyszły tydzień. Spotykając na każdym kroku plecakowiczów bezskutecznie poszukujących pracy, podjęta przez nas decyzja wydaje się być jedyną słuszną. Zabookowany lot pozwala nam w spokoju i zaplanować pozostałe dni w Nowej Zelandii. Postanawiamy wybrać się na kilkudniowe zwiedzanie północnej wyspy.  Jako,że dziewczyny muszą jeszcze zakupić bilety do Ameryki Południowej, z czym mają mały problem z powodu skradzionych im kart kredytowych, umawiamy się z nimi, że zaraz po tym jak zobaczymy Hobbiton, zgarniemy je w Auckalnd i wspólnie pojedziemy na północ.

Z załadowanymi na telefonach mapkami regionu jedziemy do oddalonego około 200 km miasteczka Hobbitów, stworzonego specjalnie na potrzeby filmu „Władca Pierścieni”.  Większość produkcji została nakręcona właśnie w Nowej Zelandii, a „miasteczko” Hobbiton ze względu na swoje malownicze położenie i bajkową atmosferę zostało udostępnioe dla ludzi pragnących na chwilę przenieść się do Śródziemia. Wizyta, mimo znacznej ilości turystów i wygórowanej cenie 70 dolarów, w zupełności spełnia nasze oczekiwania. Na koniec wycieczki raczymy się jeszcze lokalnym piwem we wpasowujące się w klimat miejsca karczmie „Green Dragon”, która również wystąpiła w filmie Petera Jacksona.

Po nocy spędzonej w namiocie nad jeziorem jedziemy po dziewczyny zatrzymujące się na couchsurfingu w Auckland. Musimy chwilę poczekać na Szymanka, ponieważ boryka się ona z małymi problemami zdrowotnymi i właśnie ma wizytę u lekarza. Po chwili czekania za lekarstwami i pozytywnym nastawieniem ruszamy na północ. Jako że zbliża się wieczór, skupiamy się na znalezieniu odpowiedniego miejsca na nocleg, co nie jest takie proste. Każda sprzyjająca campingowi okolica jest oddzielona płotem, który oznacza własność prywatną. Ostatecznie tuż przed zachodem słońca trafiamy na parking, przy którym płynie mała rzeczka, a jej brzeg w zupełności wystarcza na rozbicie namiotów.

Po wieczorze i nocy pełnej rozmów i opowieści przy fidżijskim rumie oraz przepysznych szaszłykach przygotowanych na ognisku, następnego dnia ruszamy w kierunku Bay of Islands. Umiejscowione na wschodzie lądu dziesiątki malutkich wysp wyglądają przepięknie. Dostanie się na nie przy naszym mocno nadszarpniętym budżecie jest jednak niemożliwe, więc zadowalamy się niecodziennymi widokami. Większość nabrzeża jest prywatna, a gdy już udaje nam się znaleźć przyjemną plażę na nocleg, zostajemy wyproszeni przez pobliskiego mieszkańca, któremu nie odpowiada nasze towarzystwo.

Nieco zbici z tropu, noc spędzamy na zorganizowanym campingu. Dzięki takiemu rozwiązaniu możemy skorzystać z kuchni i przyrządzić wspólnie naleśniki z wyszukanymi nadzieniami. Porządne jedzenie jest nieodłącznym elementem naszej wyprawy i gdy dziewczyny opowiadają, jak to żywią  się chlebem posmarowanym nożem, postanawiamy pokazać im, że niski budżet wyprawy wcale nie oznacza nudnych posiłków. Raczymy się również ciepłym prysznicem i w dobrych humorach udajemy się do namiotów, planując następnego dnia dotrzeć na przylądek Reigna.

Półwysep Aupouri jest najdalej wysuniętą na północ okolicą w Nowej Zelandii, wzdłuż której po zachodniej stronie rozciąga się 90 Mile Beach. Zatrzymujemy się na jej początku i przez chwilę żałujemy, że nie mamy samochodu terenowego. Takim pojazdem można dojechać plażą aż do przylądka Reigna – najdalej na północ wysuniętego miejsca na wyspie, do którego i tak zmierzamy. Zanim tam jednak dotrzemy, wjeżdżamy z ciekawości w boczną drogę wiodącą na wschodnie wybrzeże, na końcu którek znajdujemy idealne miejsce na nocleg. Jest to mała zatoczka wpadająca do Pacyfiku, przy której drobny piasek umożliwia łatwy dostęp do wody. Wracamy tutaj pod wieczór, po wizycie na przylądku Reigna, zakończonego malowniczą latarnią otoczoną efektownymi klifami z jednej i końcem 90-milowej plaży z drugiej strony.

Kolejnego poranka nie zostaje nam już nic innego jak kierować się do Auckland, gdzie następnego dnia do południa musimy oddać samochód. Ostatnią noc w czteroosobowym składzie spędzamy w miejscu przypominający nasz pierwszy nocleg  z offtoseetheworld. Na brzegu rzeki rozpalamy małe ognisko, gdzie przygotowujemy wszystko co potrzebne do przepysznej tortilli. Do namiotów udajemy się stosunkowo szybko. Do Auckland, w którym musimy odstawić najpierw dziewczyny, a później samochód, zostało nam około 100 kilometrów.

Ostatni dzień w Nowej Zelandii spędzamy planując kolejne dni, w końcu już jutro lecimy do Australii. Po południu udajemy się do kina na wymarzoną projekcję drugiej części filmu Hobbit. Obejrzenie produkcji tuż po premierze w kraju, w którym została ona nakręcona zaplanowaliśmy już dawno i to kolejne małe marzenie z radością spełniamy. Wieczór spędzamy wraz z dziewczynami w parku, dzieląc się doświadczeniami, planami i pomysłami, tak jak w większość wspólnie spędzonego czasu. Około 22:00 udajemy się autobusem na lotnisko, gdzie spędzamy noc i z samego rana wsiadamy do samolotu lecącego do Melbourne.

     

 

 

 

 

Galeria